J.P.: Księże Doktorze, mimo swojego wykształcenia i pozycji naukowej, w krótkim czasie pobytu w naszej parafii dał się Ksiądz poznać jako człowiek pogodny, często uśmiechnięty, chętnie nawiązujący kontakt z każdym człowiekiem. Powiedziałbym od ministra do ministranta. Niewiele jednak wiemy o Księdzu. Proszę powiedzieć czytelnikom o swojej drodze od przedszkolaka do kapłana - naukowca.
Ks. W. G.: Najważniejszym w życiu człowieka obszarem geograficznym jest ten, w którym spędził dzieciństwo i młodość. Pierwsze 20 lat swego życia spędziłem w Łomży - tam się urodziłem i wzrastałem w zasięgu oddziaływania kościoła katedralnego, w którym zostałem ochrzczony i który był moim kościołem parafialnym. Do niego też uczęszczałem jako ministrant. To piękna świątynia - związana z działalnością książąt mazowieckich, zbudowana w stylu gotyckim w 1525 r. Jej historia to pokaźna część dziejów samego miasta, chlubiącego się bogatymi tradycjami, sięgającymi czasów wczesnośredniowiecznych. Mieszkańcy grodu dumni byli zawsze ze swego pochodzenia i miasta, z którym byli związani - ono stanowiło część ich własnej tożsamości. Bogate tradycje posiada także miejscowe Liceum Ogólnokształcące - kiedy do niego uczęszczałem było jedyną w mieście szkołą o takim profilu. Cieszyło się dobrą renomą, na które zapracowało wiele pokoleń nauczycieli i wychowanków. Po ukończeniu szkoły średniej rozpocząłem studia na Wydziale Filozoficzno - Historycznym Uniwersytetu Łódzkiego. Wcześniej na Wydziale Prawa tej uczelni studia podjął mój starszy brat. Za jego namową wybrałem ją i w ten sposób związałem się z regionem Polski centralnej, gdzie przyszło mi spędzić następne 20 lat swego życia.
Studia historyczne, które odbywałem na Uniwersytecie Łódzkim były w zasadzie próbą odłożenia w czasie decyzji o pójściu za głosem powołania do kapłaństwa. Duży wpływ na ukształtowanie tego powołania miał mój nieżyjący już stryj - ks. Tadeusz Gliński, pallotyn. Kiedy rozpoczynałem studia uważałem, że decyzja o wstąpieniu do Seminarium Duchownego jest tak poważna, że należy ją dobrze przemodlić i przemyśleć. Zanim ją ostatecznie podjąłem minęło pięć lat. Ukończyłem w tym czasie studia. Wiedziałem, że dłużej już nie można zwlekać. W maju 1989 r. udałem się po raz pierwszy do gmachu Wyższego Seminarium Duchownego w Łodzi. Przyjął mnie ówczesny Rektor - ks. bp Adam Lepa. Po ukończeniu studiów seminaryjnych święcenia kapłańskie przyjąłem 11 czerwca 1994 r. W kraju wszystko ulegało szybkim przeobrażeniom. Od czasów, gdy po raz pierwszy przekroczyłem progi furty seminaryjnej do święceń kapłańskich upłynęło zaledwie 5 lat, ale w tym okresie minęła cała epoka.
Pierwszą placówką, na którą zostałem skierowany przez Księdza Arcybiskupa była parafia w Czarnocinie. Pracowałem następnie w Koluszkach, w Pabianicach, w Ujeździe i w Piotrkowie Tryb. W 1996 r. rozpocząłem studia doktoranckie na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego zakończone uzyskaniem stopnia doktora nauk humanistycznych w zakresie historii. W 2001 r. zostałem zatrudniony na stanowisku adiunkta na wydziale Nauk Historycznych i Społecznych tegoż Uniwersytetu.
J.P.: Jak czuje się Ksiądz w naszej niewielkiej parafii w niewielkim mieście?
Ks. W. G.: Właśnie takie miejscowości mogą być azylem tożsamości i hierarchii. Posiadają swoiste genus loci - to co decyduje o niepowtarzalności małego skrawka ziemi. Urodziłem się i wychowałem w mieście porównywalnym w swej wielkości do Tomaszowa, pracowałem dotychczas bądź w środowiskach wiejskich, bądź też w miastach o zbliżonym profilu socjologiczno - urbanistycznym, doskonale znam specyfikę takich miejscowości.
J.P.: Podjął się Ksiądz roli opiekuna duchowego kręgu rodzin Domowego Kościoła Ruchu Światło - Życie. Nie należy to chyba do obowiązków Księdza. Co zatem skłoniło Księdza do tej szczególnej posługi rodzinom naszej parafii?
Ks. W. G.: Nigdy też nie sprawowałem takiej funkcji, co nie znaczy, że formy chrześcijańskiej formacji wypracowane przez Ruch Światło - Życie są mi obce. Mogłem się z nimi zapoznać w rodzinie mojej siostry, która wraz z mężem sprawuje funkcję pary rejonowej. Uważam, że duszpasterskie oddziaływanie na całe rodziny ma charakter kompleksowy, jest podstawowym i najskuteczniejszym sposobem współczesnej ewangelizacji. Wszystkie pozostałe formy oddziaływania pastoralnego mogą być jedynie komplementarne. To rodzice są pierwszymi ewangelizatorami i katechetami, a wspólnoty parafialne wraz z duszpasterzami i katechetami odgrywają rolę wyłącznie pomocniczą.
J.P.: Przysłowie mówi, że historia lubi się powtarzać. Proszę spróbować w oparciu o wiedzę historyczną zdiagnozować, co czeka nas Polaków - Katolików w obecnej sytuacji społeczno - politycznej. Może w świetle doświadczeń historii mógłby Ksiądz udzielić nam wskazówek, co każdy z nas może zrobić, by uniknąć starych błędów. Wszak historia ma być nauczycielką życia.
Ks. W. G.: Historia nigdy się nie powtarza w skali makrodziejowej. W tym wymiarze zmierza nieuchronnie i linearnie do całkowitego swego wypełnienia. Nie oznacza to, że jest dyscypliną, która nie może dostarczyć nam wskazówek w węższych skalach - w tym przypadku nadal sprawuje funkcję magistra vitae, (nauczycielki życia) funkcję niewdzięczną, bo rzadko się zdarza, żeby z jej pouczeń wyciągano wnioski praktyczne: tak też dzieje się obecnie - w sytuacji budowy jednorodnej Europy, której potencjał równoważyłby światowe wpływy USA. Obecna polityka polska balansuje pomiędzy tymi dwoma ośrodkami, aspirującymi do odegrania pierwszorzędnej roli w zmaganiach globalnych. Błędnie ujmuje się przy tym dotychczasowe doświadczenia historyczne Europy - wszystkie próby budowy jedności europejskiej podejmowane w XIX i XX w., od epoki napoleońskiej, poprzez wysiłki zbudowania Tysiącletniej Rzesz Niemieckiej, aż po okres imperium sovieticum w XX w., skończyły się nieuchronnym niepowodzeniem. Dzieje Europy to splot historii narodów oraz wpływów chrześcijaństwa, które tworzyły dorobek cywilizacji łacińskiej. Pomijanie odrębności narodowościowych kontynentu oraz roli Kościoła podczas redagowania Traktatu konstytucyjnego, naciski wywierane na rządy poszczególnych krajów w dziedzinie prawodawstwa wewnętrznego (np. rekomendacja 1117 dotycząca niedyskryminacji transseksualistów, przyjęta w 1989 r. przez Zgromadzenie Parlamentarne Rady Europy czy promocja związków homoseksualnych przyjęta w 2000 r. w Karcie Praw Podstawowych Unii Europejskiej) - wszystko to może rodzić niepokój. Procedowany obecnie w parlamencie projekt ustawy autorstwa prof. M. Szyszkowskiej jest próbą dostosowania prawa polskiego do wymogów art. 13 Traktatu Amsterdamskiego.
Wierzę jednak głęboko w modrość takich narodów europejskich jak Anglicy i przypuszczam, że podczas referendum nad Traktatem konstytucyjnym opowiedzą się oni przeciwko jego przyjęciu. Wierzę też, że tak zagłosują również Polacy. Będzie to początek końca Unii Europejskiej. Spodziewać należy się tego, że niektóre z państw europejskich(Włochy, Francja, Niemcy) od roku 2010 borykać będą się z narastającym kryzysem finansów publicznych, spowodowanym strukturą demograficzną tych społeczeństw. Kryzys ten wymusi albo racjonalizację prawodawstwa unijnego, albo też przyczyni się do wewnętrznego rozpadu Unii Europejskiej. Perspektywę tę należy brać pod uwagę określając strategiczną przestrzeń polityki polskiej oraz zadania Kościoła, który zawsze sprawował funkcje wychowawcy narodów europejskich.
Serdecznie dziękuję za podzielenie się swoimi refleksjami i cenne wskazówki.